Szczyt pokory

Related Post

Myślę, że typowym obrazem, z którym może kojarzyć się nam życie mnisze, to postać zakonnika, którego twarz ukryta jest w kapturze, wzrok skromnie spuszczony, a głos – jakby z innego świata niż ten nasz, zabiegany. To skojarzenie nie jest przypadkowe, choć każdy mnich, którego znam dodaje do tego obrazu swoją niezwykłą indywidualność, zaś przybrana postawa często pozwala dostrzec niezwykłość tego człowieka. Chciałbym zatrzymać się przy tym wyobrażeniu, by pokazać kilka ostatnich szczebli pokory w ujęciu św. Benedykta.

Benedykt powoli odsłania ostatnie kroki stawiane na drodze pokory, podążanie którą obiecuje dotarcie „do tej miłości Boga, która, jako doskonała, usuwa precz lęk (1 J 4,18)“ i sprawia, że to co poprzednio [wypełnialiśmy] tylko z obawy, tego wszystkiego będzie[my] teraz przestrzega[ć] bez żadnego trudu, z przyzwyczajenia, niejako w sposób naturalny, już nie ze strachu przed piekłem, lecz z miłości do Chrystusa, bo nawyk[lismy] już do dobrego i znajduje[my] radość w cnocie. To jest właśnie dar drogi pokory – świętość, która stopniowo wzrasta w sercu, przenika postawę człowieka i jest źródłem coraz to większej zażyłości z Bogiem.

Te trzy ostatnie wyzwania w wspinaczce, którą podjęliśmy z podpowiedzi Mnicha, można opisać jako prawda, skromność i wolność. Pierwszy krok to skok w przepaść – w niewiedzę o sobie, by pełnię prawdy o sobie poznać. Benedykt ostrzega przed najmniejszym cieniem w naszej duszy; każe dla przykładu: pokornie wyjawiać swojemu opatowi wszystkie złe myśli przychodzące do serca, lub złe czyny w ukryciu popełnione. Zachęca stanowczo, by zanurkować w otchłań niepewności co do samego siebie z zawierzeniem, przywołując słowa psalmisty: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu“ (Ps 37[36], 5). Prawda o sobie to świadomość własnej grzeszności, zdolności do popełnienia złego, skłonności do grzechu, ale również świadomość daru – wszystko co dobre jest dane i zadane. Benedykt podpowiada zatem sposób atrybucji w życiu duchowym: „Widząc w sobie jakieś dobro, przypisywać je Bogu, nie sobie. Zło zaś [trzeba] uznawać zawsze za własne dzieło i sobie je przypisywać“. Z prawdy o sobie wypływa naturalnie postawa, w której człowiek nie narzuca siebie innym, nie akcentuje swojego znaczenia i roli, nie przypisuje sobie nadmiernej wiedzy, zrozumienia, zdolność poprowadzenia spraw, które nie zostały nam powierzone. Ciekawe jest nawet tak szczegółowe zalecenie Ojca zakonnego, by nie odzywać się, gdy nie jesteśmy pytani, bowiem, „nie uniknie się grzechu w gadulstwie (Prz 10,19) [a] mąż gadatliwy nie znajdzie kierunku na ziemi (Ps 139,12 Wlg)“ Oczywiście, istota tego zalecenia sprowadza się do pilnowania siebie w relacjach z innymi i przedkładania dialogu wewnętrznego nad nadmiernie aktywne zaangażowanie intelektualne i emocjonalne w bieżące wydarzenia.

Skromność jest kolejnym towarzyszem na drodze do świętość. Według Benedykta, ten stopień pokoty polega na tym, że „mnich zadowala się wszystkim, co tanie i ostatnie, a cokolwiek mu zlecono czynić, uważa siebie [zawsze] za sługę złego i niegodnego. I znowu, nie chodzi o odbieranie sobie poczucia własnej wartości – w typowym dla nas, psychologicznym ujęciu – ale zachowanie wrażliwości serca na dobra tego świata. Każda rzecz może służyć dłużej, każde zadanie w jakimś sensie nas przerasta, każdy powierzony nam człowiek – mąż, żona, dziecko, przyjaciel – jest dzieckiem Bożym i jako takie niesie w sobie tajemnicę relacji z Bogiem, której nie jesteśmy w stanie dostrzec i nad nim zapanować tak, aby bez naruszenia jego podmiotowości i wolności ukierunkować go w stronę dobra, jakkolwiek byśmy go nie definiowali. Człowiek skromny wygospodarowuje w sercu znaczną przestrzeń – wolną od pożądania dóbr materialnych, dominacji w relacjach, ambicji nakierowanych na realizację własnej woli. Tworzy w ten sposób miejsce spotkania, w którym może zrealizować się Janowy plan życia: umniejszania się, aby On w nas wzrastał.

Wolność staje się synonimem kresu tej drogi, którą od kilku spotkań podążamy na Świetym Mężem. Wyraża ją pełna jedność życia – prześwietlenie obecnością Chrystusa w najdrobniejszych fragmentach naszej egzystencji. Ten ostatni, dwunasty stopień pokory ma miejsce wtedy, gdy człowiek „nie tylko w sercu, ale także w samej postawie okazuje zawsze pokorę oczom ludzi, a mianowicie w czasie Służby Bożej, w oratorium, w klasztorze, w ogrodzie, w podróży, na polu, czy gdziekolwiek indziej, bez względu na to, czy siedzi, chodzi, czy też stoi, zawsze niech ma spuszczoną głowę i oczy skierowane ku ziemi […]. Powtarza też sobie zawsze w sercu to, co mówił ze spuszczonymi ku ziemi oczami ów ewangeliczny celnik: Panie, ja grzeszny, nie jestem godzien podnieść oczu moich ku niebu; a także z Prorokiem: Schylony jestem i poniżony ciągle (Ps 38[37],7—9; Ps 119[118],107)“. Także i tym razem konieczne jest słowo wyjaśnienia. Benedykt ma na myśli w tym miejscu wolność od siebie, wolność dla Chrystusa. Stąd wskazuje na postawę czuwania i ostrożności. W innym miejscu powie: „W każdej chwili strzec swego postępowania“. Jego zdaniem człowiek powinien dla swojego dobra spuścić wzrok, usunąć się z szacunku dla obecności Chrystusa w drugim człowieku, i prowadzić w sercu nieustający, choćby pozbawiony słów, dialog, w którym westchnienie serca wzywa Pana do Jego obecności i obdarowania swoją łaską. Dopowiada jeszcze: wyrzekać się samego siebie, aby iść za Chrystusem; zerwać ze sposobem postępowania tego świata; niczego nie przedkładać nad miłość Chrystusa; nie kryć w sercu podstępu; nie schodzić z drogi miłości; prawdę wyznawać sercem i ustami.

Pod korą jest twardy pień drzewa. Człowiek pokorny jest mocny Chrystusem.

Autor: Michał Królikowski

Leave a Comment